Shop Mobile More Submit  Join Login
About Deviant Susan21/Female/Poland Group :icontruedetective: TrueDetective
 
Recent Activity
Deviant for 6 Years
Needs Core Membership
Statistics 113 Deviations 753 Comments 11,419 Pageviews
×

Newest Deviations

Literature
Dom przy torach
     To tylko ułamek sekundy. W mieście, koło miasta, pod miastem, stoi dom przy torach. Wyłania się z mroku, jak królik z kapelusza, żółte światło ulicznej lampy chwyta spiczaste uszy anten i wyciąga dom z ciemności, ciemności absolutnej,  przyklejonej do okna rozpędzonego pociągu. Można powiedzieć, że w tej ciemności znajduje się nieskończenie wszystko, dopóki ktoś nie zapali światła. Równie dobrze może nie istnieć nic. Można jeszcze powiedzieć, że faktycznie znajduje się tam wszystko i zarazem nic, a żółte światło ulicznej lampy stwarza dom, rozbiwszy obraz na skomplikowanych mikrosystemach oka, a następnie dom jest unicestwiany przez ciemność. Jakby się wystarczająco długo zastanawiać, można wreszcie zwątpić w jego realny byt,
:iconSomebodySomeone95:SomebodySomeone95
:iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 0 0
Literature
Manekiny
    Mieszkam w galerii handlowej, wyrosłej na szkielecie starego browaru. Jest ogromna. Współczesna świątynia, gdzie zamiast antycznych posągów stoją dumnie manekiny. Wyrzeźbiono mnie, skrupulatnie odmierzając każdą proporcję, dopieszczając każdą wklęsłość i wypukłość, na obraz ideału. Człowieczy Bóg chyba nie był szczególnie uzdolnionym plastykiem, stwarzając ludziom krępe cielska, zgarbione plecy, krzywe nogi, za duże nosy - albo zrobił to z czystej złośliwości. To pewne, że stwórca manekinów miał więcej talentu i szczodrości. Spójrzcie tylko! Moja skóra, wypolerowana zębami szlifierek, jest gładka jak tafla lodu. Łabędzia szyja, ostra linia obojczyków i sinusoida pleców tworzą wspaniałe rusztowanie dla zwiewnych, delikatny
:iconSomebodySomeone95:SomebodySomeone95
:iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 0 0
Solaris by SomebodySomeone95 Solaris :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 5 0 selfie by SomebodySomeone95 selfie :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 5 2 topole na wietrze by SomebodySomeone95 topole na wietrze :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 2 1 E n' D by SomebodySomeone95 E n' D :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 13 1 eric harris by SomebodySomeone95 eric harris :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 7 0 Train to the Zone by SomebodySomeone95 Train to the Zone :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 2 0
Literature
Inwersja
    Wiem, że kawałki pasują do siebie, bo widziałem jak się rozpadały.
    Jest 20 kwietnia 1999 roku, godzina 12:08. Kałuża krwi wokół głowy Dylana Klebolda kurczy się powoli. Dylan wstaje z podłogi jak szmaciana lalka na sznurkach. Kula opuszcza jego głowę, wchodzi gładko w lufę pistoletu i ląduje z powrotem w magazynku. Dylan otwiera oczy i odrywa broń od swojej skroni.
     Patrzy jak kawałki mózgu Eryka odczepiają się z grzbietów książek i wracają na swoje pierwotne miejsce. Odłamki czaszki zespalają się jak układanka, idealnie pasując do siebie. Eryk Harris powstaje z martwych. Niewidzialna siła dźwiga bezwładne, poturbowane ciało na klęczki, podnosi z ziemi strzelbę i wkłada w drżące ze strachu dłonie samobójcy. Eryk trzyma dubelt
:iconSomebodySomeone95:SomebodySomeone95
:iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 1 0
Posthuman by SomebodySomeone95 Posthuman :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 2 0 alter ego by SomebodySomeone95 alter ego :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 1 3 some portrait study by SomebodySomeone95 some portrait study :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 4 1 My feels are dark like this billiard-ball by SomebodySomeone95 My feels are dark like this billiard-ball :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 7 3 Vagabond by SomebodySomeone95 Vagabond :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 4 1 Teraz by SomebodySomeone95 Teraz :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 3 3 freak by SomebodySomeone95 freak :iconsomebodysomeone95:SomebodySomeone95 2 0

Activity


     To tylko ułamek sekundy. W mieście, koło miasta, pod miastem, stoi dom przy torach. Wyłania się z mroku, jak królik z kapelusza, żółte światło ulicznej lampy chwyta spiczaste uszy anten i wyciąga dom z ciemności, ciemności absolutnej,  przyklejonej do okna rozpędzonego pociągu. Można powiedzieć, że w tej ciemności znajduje się nieskończenie wszystko, dopóki ktoś nie zapali światła. Równie dobrze może nie istnieć nic. Można jeszcze powiedzieć, że faktycznie znajduje się tam wszystko i zarazem nic, a żółte światło ulicznej lampy stwarza dom, rozbiwszy obraz na skomplikowanych mikrosystemach oka, a następnie dom jest unicestwiany przez ciemność. Jakby się wystarczająco długo zastanawiać, można wreszcie zwątpić w jego realny byt, podobnie jak jedno słowo wypowiadane w kółko staje się dziwnym bełkotem. Pędząc dalej pociągiem, w pustym przedziale, wciąż mam przed oczami ten dom. Po pewnym czasie obraz blednie - pamięć maluje kontury coraz grubszymi pędzlami. Pamiętam jednak, że dom jest wysoki, zwrócony frontem do torów kolejowych, z płaskim dachem, który unosi spiczaste uszy anten i wsłuchuje się w szmer fal elektromagnetycznych. Brudnobiały naskórek elewacji pęka i łuszczy się na jego twarzy. Para okien przymyka żaluzje powiek, szykując się do snu. W środku domownicy snują się po korytarzach i pomieszczeniach, jak myśli w zwojach nerwowych, zamknięci w kręgach swych wieloletnich, wydeptanych do znudzenia ścieżek. Być może właśnie, w środku, usta wypowiadają słowa, a ręce wykonują czyny. Ja jestem tu, oni są tam. Tu - ułamek sekundy, tam - póki śmierć nas nie rozłączy. W mieście, koło miasta, pod miastem, stoi przy torach dom, w którym ręce wykonują czyny, a ja nie wiem jakie, czy głaszczą, czy fruwają, bo sunę osiemdziesiąt kilometrów na godzinę, po omacku wzdłuż żelaznej pajęczyny, rozciągniętej między miastami. Rzeczywistość zawisła gdzieś dawno, jedna, niepodzielna, niepodważalna, ale nie tam, gdzie stoi dom przy torach.
    Mieszkam w galerii handlowej, wyrosłej na szkielecie starego browaru. Jest ogromna. Współczesna świątynia, gdzie zamiast antycznych posągów stoją dumnie manekiny. Wyrzeźbiono mnie, skrupulatnie odmierzając każdą proporcję, dopieszczając każdą wklęsłość i wypukłość, na obraz ideału. Człowieczy Bóg chyba nie był szczególnie uzdolnionym plastykiem, stwarzając ludziom krępe cielska, zgarbione plecy, krzywe nogi, za duże nosy - albo zrobił to z czystej złośliwości. To pewne, że stwórca manekinów miał więcej talentu i szczodrości. Spójrzcie tylko! Moja skóra, wypolerowana zębami szlifierek, jest gładka jak tafla lodu. Łabędzia szyja, ostra linia obojczyków i sinusoida pleców tworzą wspaniałe rusztowanie dla zwiewnych, delikatnych tkanin. Moje usta to misterny zawijas, wargi na zawsze rozchylone lekko w tej uwielbianej przez świat mody, na poły kuszącej, na poły tajemniczej ekspresji - jakże odmienne od waszych warg, cienkich, zaciśniętych w codziennym wyścigu niezałatwionych spraw albo gimnastykujących się po raz setny w jakiejś kolejnej, jałowej rozmowie. Ileż wy gadacie!
    Moje usta nigdy nie mówią, nie krzyczą, nie kłamią, nie narzekają - no, przynajmniej nie w waszej obecności. Te usta nigdy nie wypowiedzą słów "jesteś brzydka", kiedy oczy, dwie błyszczące kule w cieniu hebanowych stonóg, spojrzą w lustro.
    Jestem czymś więcej niż modelki, moje żywe siostry, zamrożone w kliszy na pamiątkę tej sekundy, w której stały się ideałem, pomnikiem bez najmniejszej rysy - ale prawdziwa sztuka to bycie ideałem dzień w dzień, ba, przez całą wieczność. Bo mój czas, wyznaczony przez okres rozpadu tworzywa sztucznego, jest przecież wiecznością wobec waszego czasu, znacznie nadwątlonego przez usterki w genetycznej spirali. Kiedyś wymrzecie, a ja będę stać dalej, za witryną sklepową, na smukłych nogach, z rozchylonymi ustami. Obca cywilizacja, która może tu zawita, zamiast kości, zastanie nieśmiertelne figury z plastiku jako okazy badawcze do poznawania olśniewającej anatomii Ziemian.
    Tak sobie fantazjuję, patrząc na przesuwające się za szybą mrowie ludzi i wielkich, pstrokatych reklamówek z nowymi ubraniami. Spoglądają na wystrojonego manekina i myślą: "tak muszę jutro wyglądać!". Jednak z czasem okazuje się, że nowa kolekcja z Zary nie leży równie elegancko jak na dystyngowanie wygiętej lalce. Albo traci swój polot, jakąś nieuchwytną świeżość, przeglądana wiele razy w lustrze, brzydnie i flaczeje niczym starzejąca się twarz. I wtedy stwierdzają, że trzeba kupić coś nowego. Pożądają zapachu świeżości, w którym pławię się każdego dnia.
    Dziś mam na sobie cynamonowe spódnicospodnie, pod nimi emalię ciemnych rajstop, eksponującą długie nogi wsparte na wysokich koturnach - majestatyczna bogini na panteonie urody i stylu. Szyku dopełnia zamszowy płaszczyk, bluzka z jedwabiu i aksamitna apaszka, przerzucona przez ramię.
    Lubię być ubierana, rozbierana, i znów ubierana, we wciąż nowsze, zapierające dech w piersiach kreacje - tak łatwo się rozpłynąć w świecie tkanin, wzorów i odcieni! Lubię dotyk dłoni i materiałów, pieszczących moją plastikową skórę, lubię pełne pragnienia i zachwytu spojrzenia, ślizgające się chciwie po moich perukach, żakietach, sukienkach, torebkach.
    Czasami dziewczyny pracujące w sklepie mylą mnie z kimś żywym. Kręcąc się wczesnym rankiem, przed otwarciem galerii, wokół ubrań i manekinów, zdarza się którejś wpaść na mnie i westchnąć ze śmiechem:
    - Przez chwilę myślałam, że to człowiek.
***

    Mieszkam w szklanym domu, gdzie labirynt korytarzy pożera i wypluwa tysiące gości każdego dnia. Mieszkam w mechanicznym organizmie, metabolizującym pieniądze na paragony. W pałacu manekinów.
    Gdy zapada noc i w galerii zieją pustki, szepczemy do siebie:
    - Pięknie wyglądasz, Błękitna Sukienko.
    - Ty także prezentujesz się wspaniale, Koronkowa Pończoszko!
    - Chciałabym kiedyś być taka jak ty, Skórzana Kamizelko z Drobnymi Ćwiekami.
    Manekin w skórzanej kamizelce macha do mnie z naprzeciwka swoimi smukłymi palcami, nogi w sklepie z bielizną podrygują w rytmie krakowiaka, kukły w balowych sukniach tańczą walca. Ich powolne, zacinające się ruchy przypominają maszyny, którym przepaliły się obwody.
***

    Przeglądam się w odbiciu szyby. Pastelowa, rozkloszowana sukienka w stylu Lolity leży doskonale. Miękki i  gładki materiał otula moją talię, wytworne poły spływają promieniście wokół bioder - mam ochotę poruszyć nimi choćby lekko, leciutko. Zakręcić się jak baletnica.
    I wtedy dostrzegam ją. Stoi vis a vis, za witryną innego sklepu, całkowicie odsłonięta w tłumie na jedną chwilę. Ma na sobie identyczną sukienkę - nie, jednak nieco inną. Mój kolor to banalna, tandetna mięta. Jej - nieokreślony, cudownie zawieszony między błękitem a pistacjową zielenią. Przy jej materiale, mój wydaje się być lichą, zmiętą szmatką. Och tak, jest zdecydowanie gładszy, bardziej miękki, bardziej kosztowny! I te kunsztowne, koronkowe wstawki...
    Z pewnością jest trzy razy droższa, ale to nieistotne. Żadna z kobiet, przechodzących obok, nie może oprzeć się jej czarowi. Choćby było tysiąc innych podobnych i choćby miała niemalże identyczną w swojej szafie - musi ją kupić. To tylko materiał, splecione autostrady cieniutkich, pajęczynowatych nitek, które pojedynczo są takie same - lecz gdyby rozpatrywać wszystko pojedynczo, okazałoby się, że nasz świat jest tylko agregatem z jednakowych, atomowych wydmuszek. A to przecież niewyobrażalne!
    Coś mnie kłuje w piersi, coś się wije, coś gotuje. To nie do wytrzymania. Mieszkam w szklanym domu, w którym... a gdyby to całe szkło zbić? Ach, jak cudownie by się biło! Bo tu szkło wszędzie, zgodnie z ideą, że wszystko, co piękne, musi być na widoku. Słońce wychodzi zza chmur, i wtedy wpada mi do głowy taka myśl...
    Podobno światło potrzebuje ośmiu minut, aby ze słońca przylecieć do Ziemi. Co oznacza, że gdyby słońce eksplodowało, tutejsza zagłada zostałaby odroczona conajmniej o osiem minut - zobaczcie, ludzki Bóg ma jednak w sobie trochę szczodrości! W jądrze słonecznym, gdzie kocioł jest tak wielki, że pierwiastki wodoru zamiast odbijać się nazwajem, zlepiają, wpadłszy na siebie i rodzi się hel, zostaje wysłana wiązka fotonów, każda o innym celu, specyficznym przeznaczeniu.
    Tak oto wystrzelony promień przedziera się w mroku kosmosu, niczym rolnik przez wysokie, zszarzałe pędy kukurydzy, po ośmiu minutach penetruje atmosferę ziemską, by w końcu liznąć swym ciepłym językiem szklany dach galerii handlowej, wyrosłej na szkielecie starego browaru. Przeciska się przez niewidzialną barierę, jedną, drugą, trzecią, i wreszcie ostatnią - szybę mojego sklepu. Promień ma też swoich słonecznych braci, wysłanych, by dotrzymać mu towarzystwa. Teraz słońce jaśnieje w pełnej krasie i galeria handlowa jest gigantyczną, skomplikowaną soczewką, narzędziem mojej zbrodni.
    Mikroskopijne ognisko potrzebuje rozpałki, chwytam więc rąbek spódnicy - na którą i tak nikt nie zwraca uwagi! - podsuwam łatwopalny materiał do punktu świetlanego skupienia i czekam. Jak dziecko kuszone przez pudełko z zapałkami na najwyższej półce w kuchni.
    Serce wali jak młotem - waliłoby, gdybym je miała - kiedy z sukienki zaczyna się wić w górę cieniutka wstążka dymu. Gdybym miała zakończenia nerwowe, poczułabym muśnięcie ciepła na udzie, z wolna narastające, poszerzające swoją strefę, nieznośne plateau, aż wreszcie iglica gorąca poraziłaby złącze w rdzeniu kręgowym, najpierwotniejszy mózg, zmuszając do cofnięcia ręki.
    Czekam dalej, gdy sukienka zaczyna skwierczeć i pierwsze płomienie wysuwają łapczywie swe języki. Ogień chwyta rzędy spodni, wiszące na pobliskim stojaku, w mgnieniu oka pali się cała wystawa. Podnoszą się krzyki, ludzie uciekają w popłochu jak stado dzików, a we mnie jest tylko jedna myśl: niech spłonie. Niech moje płomienie dosięgną tę jej przeklętą sukienkę.
***

    Głuchy miarowy łoskot zwalnia swój rytm, gdy śmieciarka dociera na miejsce. Łup-łup. Łup-łup. Ostatnie uderzenia potężnego, żelaznego serca dogorywającej maszyny. W środku jest zupełnie ciemno i wszystko, co tu się znajduje, gruchocze o ściany.
    Stajemy. Przeciągły zgrzyt trwa nieskończenie, gdy otwierają się tylne skrzydła. Wysypują nas na kupę gruzu i odjeżdżają.
    Leżę naga na stosie poczerniałych manekinów, a wysoko nade mną wrony leniwie zataczają koła. Jesteśmy idealne. Wyrzeźbiono nas, dbając o każdą proporcję, o każdą wklęsłość i wypukłość. Mamy identycznie długie nogi, wyprostowane ramiona, wystające kości policzkowe, rozchylone usta. Mamy identyczne wcięcia w talii, wyliczone z doskonałą precyzją. Leżąc na wysypisku śmieci, szepczemy do siebie:
    - Pięknie dziś wyglądasz.
    - Ty też wyglądasz wspaniale.
    - Właściwie to jak mam was nazywać? - pytam znienacka. - Teraz, bez ubrań jesteśmy takie same. To znaczy... wyglądamy tak samo. Ale czy jesteśmy?
    Jedyna odpowiedź to krakanie wron.
    - Nie podoba mi się to. - Dodaję.
    Niebo ciemnieje, ukośny deszcz zaczyna siekać w blachy. Jeden z manekinów wyskakuje z pomysłem:
    - To może niech każda zmieni w sobie coś, tak żeby każdą coś wyróżniało?
    Nie zastanawiamy się długo. Chwytam kawałek szkła i poszerzam drugiej lali uśmiech, ta w odpowiedzi podbija mi oko. Błyszcząca kulka z wymalowaną błękitem tęczówką, skacze po złomie, spada na ziemię i toczy się długo, po czym znika w ciemności.
    Nie mija chwila, a reszta manekinów rzuca się na siebie, szarpie, wykręca nawzajem kończyny, łamie nosy, drapie, zadaje szramy i wybija oczy. Cena za osobowość jest bolesna, ale nieunikniona. Gdy szamotanina cichnie i drobiny kurzu opadają, wirując w szarej poświacie zmierzchu, każda z nas nosi jakieś imię.
Manekiny
mini opko o szalonym manekinie.
Loading...

deviantID

SomebodySomeone95's Profile Picture
SomebodySomeone95
Susan
Poland
Current Residence: Poland
Favourite genre of music: industrial rock/metal, atmospheric & progressive metal, metalcore, aggrotech, EBM, ambient
Favourite style of art: sketches
Favourite quote:

“Once he went into the mountains on a clear, sunny day, and wandered about for a long time with a tormenting thought that refused to take shape. Before him was the shining sky, below him the lake, around him the horizon, bright and infinite, as if it went on forever. For a long time he looked and suffered. He remembered now how he had stretched out his arms to that bright, infinite blue and wept. What had tormented him was that he was a total stranger to it all. What was this banquet, what was this great everlasting feast, to which he had long been drawn, always, ever since childhood, and which he could never join? Every morning the same bright sun rises; every morning there is a rainbow over the waterfall; every evening the highest snowcapped mountain, there, far away, at the edge of the sky, burns with a crimson flame; every little fly that buzzes near him in a hot ray of sunlight participates in this whole chorus: knows its place, loves it, and is happy; every little blade of grass grows and is happy! And everything has its path, and everything knows its path, goes with a song and comes back with a song; only he knows nothing, understands nothing, neither people nor sounds, a stranger to everything and a castaway.”
Fiodor Dostoyevsky, 'The Idiot'
Interests

Groups

Comments


Add a Comment:
 
:iconfiorinosulaco:
fiorinosulaco Featured By Owner May 28, 2016
Happy Birthday!Fun cake 
Reply
:iconsomebodysomeone95:
SomebodySomeone95 Featured By Owner May 29, 2016
Thank you! :D
Reply
:iconfiorinosulaco:
fiorinosulaco Featured By Owner May 30, 2016
:) (Smile) Welcome!
Reply
:icondarkhunter1357:
DarkHunter1357 Featured By Owner Jan 31, 2016  Hobbyist Digital Artist
Hello there, I have been googling around and i can't figure it out.
What does your avatar mean, where is it from, what is that symbol about?
Reply
:iconsomebodysomeone95:
SomebodySomeone95 Featured By Owner Feb 1, 2016
Hey :)  It's called in polish "Swarga", the slavic ancient swastika (generally this kind of symbol comes from Hindu culture and has no common meaning with Nazi propaganda). Represents rotation around the sun, periodicity of history and nature, creating and destroying, in some sources may be described as a symbol of chaos. Formerly it supposed to provide good luck so it was painted in polish houses. Nowadays barely known.
Reply
:icondarkhunter1357:
DarkHunter1357 Featured By Owner Feb 1, 2016  Hobbyist Digital Artist
Thanks for the information :)
Reply
:iconatrasylvania:
Atrasylvania Featured By Owner Dec 8, 2015
Thanks for the fave!
Reply
:iconthemanwiththehat666:
TheManWithTheHat666 Featured By Owner Sep 3, 2015   General Artist
Thank you very much for the fav! :)
Reply
:iconpopkillerok:
PopKIllerOK Featured By Owner Aug 26, 2015  Hobbyist
Thank you for the fav)
Reply
:iconfiorinosulaco:
fiorinosulaco Featured By Owner May 28, 2015
Happy Birthday! Have your cake and eat it too 
Reply
Add a Comment: